Piątek, 24 lipca 2026 r. · Imieniny: Kingi, Krystyny22° zachmurzenie duże· Powietrze: Dobry· EUR 4,33 zł zł / USD 3,80 zł zł
twojwroclaw.pl
Andrzej Sekuła: Wrocławianin, który odniósł sukces w Hollywood
Wiadomości z ostatniej chwili

Andrzej Sekuła: Wrocławianin, który odniósł sukces w Hollywood

fot. Janusz Krzeszowski

Chcesz częściej widzieć wiadomości z miasta Wrocław w Google? Obserwuj twojwroclaw.pl
SPSzymon Polak24.06.2026, 14:08aktualizacja 24.06.2026, 14:094 min czytania 0

Andrzej Sekuła, wrocławski operator filmowy, zdobył sławę w Hollywood, pracując z Quentinem Tarantino. W rozmowie opowiada o swoich początkach w kinie, trudnych egzaminach oraz współpracy z Tarantino przy kultowych filmach.

Czytaj także

Nowe zaplecze na stadionie w Zakrzowie. MCS Wrocław ogłosi przetarg

Magdalena Talik: Od lat działa Pan w Hollywood jako operator, a jednym z najbardziej znanych filmów, przy których Pan pracował, jest „Pulp Fiction” Quentina Tarantino. Niewiele osób wie, że pochodzi Pan z Wrocławia, gdzie zaczęła się Pańska pasja do kina.

Andrzej Sekuła: Pamiętam, jak jako dziecko poszedłem z rodzicami do kina Dworcowego. Widziałem tam ekran, siedzenia, projektory. Pierwszą ekipę filmową spotkałem, gdy Andrzej Wajda kręcił na ulicy Nasypowej sceny do „Popiołu i diamentu”. Chociaż byliśmy przeganiani, udało nam się podglądać ich pracę.

Interesowałem się filmem już w szkole, gdzie na wagary chodziło się do kina. Pamiętam, że w Warszawie oglądałem filmy na 70 mm, co było niezwykłym przeżyciem. W wieku 13-14 lat wiedziałem już, że chcę być operatorem.

Fascynujące było spotkanie z Oswaldem Morrisem, operatorem filmów, które uwielbiałem jako dziecko, podczas moich studiów w Londynie.

Uczył się Pan w X Liceum Ogólnokształcącym, podobnie jak Janusz Kamiński. Czy był Pan fanem Studenckiego Klubu Filmowego?

Janusz Kamiński jest ode mnie młodszy, a wtedy bardziej interesowałem się fotografią. Dziś żałuję, że nie dokumentowałem powojennej historii Wrocławia. Moje negatywy z tamtych lat pokazują zupełnie inny, egzotyczny świat.

Rodzice nie traktowali moich planów poważnie, woleli, żebym wybrał inne kierunki. W szkole trzymałem swoje zainteresowania w tajemnicy, a sprawa wyszła na jaw dopiero, gdy wypełniałem dokumenty do łódzkiej Filmówki.

Zdawał Pan tam sześć razy, jednak bez powodzenia. Jak to było usłyszeć ponownie, że nie został Pan przyjęty?

To było straszne. Mijali kolejni kandydaci, którzy dostawali się na uczelnię, podczas gdy ja nadal próbowałem.

Dlaczego nie udawało się Panu zdać?

Byłem bardzo zaangażowany w sztukę, ale często w niewłaściwy sposób. Analizowałem różne aspekty sztuki, co nie było mi potrzebne w tamtym momencie. Jednak ta wiedza przydała się później.

Co robił Pan pomiędzy podejściami do egzaminów?

Pomagałem dorywczo w Wytwórni Filmów Fabularnych, pracując jako pomocnik rekwizytora i operatora, a później trafiłem do wojska, gdzie robiłem zdjęcia z różnych wydarzeń.

W wojsku miałem ciekawe doświadczenia, fotografując manewry i ważne wydarzenia, a nawet bliskie spotkania z delegacjami zagranicznymi.

W końcu zakończyłem służbę wojskową i postanowiłem, że nie będę studiował nigdzie indziej poza Filmówką. Obawiałem się, że inne studia odciągną mnie od moich celów.

Po wojsku zdawał Pan do londyńskiej National Film and Television School.

Tak, a po roku nauki języka angielskiego udało mi się dostać do szkoły. Miałem szczęście, bo nauczyciele byli znakomici, a program intensywny i indywidualny.

Jak znalazł się Pan w Los Angeles i na planie „Wściekłych psów” Quentina Tarantino?

Przyjechałem do Los Angeles na zaproszenie Europejskiego Instytutu Filmowego, a moje wcześniejsze osiągnięcia przyciągnęły uwagę producentów.

Choć nie miałem jeszcze dużego filmu na koncie, dostałem propozycje realizacji projektów z większym budżetem. To było dla mnie zaskoczeniem.

Wkrótce skontaktował się ze mną Quentin Tarantino. Choć początkowo odmówiłem spotkania z powodu osobistych spraw, ostatecznie się spotkaliśmy i dostałem pracę jako operator.

Jakie wrażenie zrobił na Panu Quentin Tarantino?

Jego entuzjazm był zaraźliwy, a dla nas obojga kino było czymś wyjątkowym. Miałem okazję pracować na profesjonalnym sprzęcie i w niezwykłych warunkach.

Po „Wściekłych psach” Tarantino zaproponował Panu pracę przy „Pulp Fiction”. Czy sądził Pan, że ten film zmieni historię kina?

Były duże oczekiwania, ale nie byłem pewny, co z tego wyniknie. Krytycznie oceniam swoją pracę, ale przyznaję, że przy „Pulp Fiction” zrealizowaliśmy dobrą robotę.

Jak się pracowało z Tarantino?

Współpraca była znakomita. Quentin określał swoje oczekiwania, a ja proponowałem własne pomysły, co prowadziło do interesujących rozwiązań.

Zaprzyjaźniliście się z Quentinem Tarantino?

Można tak powiedzieć, choć rozmawialiśmy niewiele. Zaproponowałem mu, abyśmy stworzyli coś unikalnego, co mogłoby zainspirować innych.

Nakręciliście również „Człowieka z Hollywood”. Quentin obiecał, że zawsze będzie Pana zatrudniał, ale przy kolejnych projektach nie dotrzymał tej obietnicy. Dlaczego?

Przy „Jackie Brown” wynajął całą moją ekipę, ale nie mnie. A przy „Kill Bill” dostałem inną propozycję, której musiałem odmówić.

Współpracował Pan z wieloma znanymi aktorami, w tym z Johnem Travoltą. Czy pamiętał Pana z „Pulp Fiction”?

Tak, zapraszał mnie na swój pokład samolotu. Aktorzy w Hollywood podchodzą do swojej pracy różnie, niektórzy traktują ją bardzo poważnie.

Czy w Hollywood można nawiązać prawdziwe przyjaźnie?

Tak, ale tylko bezinteresowne. Mam kilku dobrych znajomych w branży.

Jak często odwiedza Pan Wrocław?

Częściej niż kiedyś, odwiedzam rodzinę i spotykam się z kolegami z liceum. Myślę o tym, by się przenieść do Wrocławia.

Czy myślał Pan o nakręceniu filmu w Polsce?

Kiedyś miałem szansę na „Weisera Dawidka”, ale nie udało się. Teraz myślę o reżyserowaniu westernu i może o filmie, w którym Wrocław odegra ważną rolę.

Galeria zdjęć

Źródło (tekst i zdjęcia):
Jak oceniasz ten materiał?
Brak ocen
Oceń:
Komentarze
0/1000

Bądź pierwszą osobą, która skomentuje.

SP

Sprawdź również

Najnowsze wpisy